3 marca 2010 | Nr 168

Powrót...

 
  "Koniec?"- książka Jacka Ostrowskiego - Część XII
Książka „Koniec?” powstała trzydzieści lat temu, kiedy Polska znajdowała się  za żelazną kurtyną i w każdej chwili groził nam wybuch wojny o globalnym  zasięgu. Teraz wprowadziłem tylko poprawki kosmetyczne ( inne daty ).  Czarnoskóry prezydent USA był w wersji oryginalnej, pomyliłem się tylko o
kilka lat. J

Powieść „Koniec?” zapoczątkował moją przygodę z pisaniem. Jednym słowem
zacząłem od końca.

Jacek Ostrowski


 
 
Rządkiem, jak stadko owieczek, opuścili salon, pozostawiając swojego dowódcę na pożarcie wilkowi w habicie.

- Usiądź, duszyczko, bliżej spowiednika, bo nie będę cię słyszał. - wskazał miejsce obok siebie. - Nie bój się, nie zamierzam zbytnio cię gnębić.

Posłusznie przesiadłem się na wskazany fotel i z niepokojem czekałem na rozwój wypadków.

- Może zapalimy ? - wydobył z kieszeni paczkę Marlboro i zapraszającym gestem wyciągnął w moim kierunku.

- Z chęcią ! – zdumiony takim początkiem sięgnąłem po papierosa.

- To nie cygaro? – zapytałem, widząc, jak sobie przypala.

- Co pan mówi komendancie, przecież jak ten wielki częstuje, to widzę, że przeżywa męki piekielne, ale kieliszeczek to możesz mi jeszcze jeden nalać, no i oczywiście sobie, bo inaczej nici z rozgrzeszenia! – spojrzał groźnie na mnie.

- Jasne ! – poderwałem się, chwyciłem butelkę i napełniłem kieliszki.

- No to za misję! – wzniósł toast i wypiliśmy do dna.

- Na koniec mam prośbę.

Zobaczyłem w jego oczach niepokój.

- Proszę mówić! – próbowałem odgadnąć, o co mu chodzi.

- Chcę być z wami do końca, mogę się do czegoś przydać, proszę. - złapał mnie za rękę. – Bardzo proszę!

Spełnienie tej prośby nic nas nie kosztowało, nic nie ryzykowaliśmy, a faktycznie mógł nam się przydać podczas podróży, ponieważ Polacy bardzo szanowali duchownych, ich prestiż społeczny był wyjątkowo wysoki.

- Ale już koniec spowiedzi? – spytałem.

- Jasne, komendancie! – przytaknął zakonnik.

- No to możesz się pakować, ojczulku!! – mrugnąłem do niego okiem i wstałem z fotela.

- Jeszcze nie, najpierw muszę was ożenić! – odetchnął uradowany.





- Zamiast marudzić, ubieraj się w strój, który ci Magda przygotowała.- Gotfryd rugał mnie, a ja cały czas gderałem, że wpadłem w zasadzkę.

- Wyglądasz poruczniku jak łazęga, nie jak pan młody, masz tu odpowiedni strój – podał mi jakiś, nie wiem skąd wytrzaśnięty, garnitur.

- Tak ! - podchwyciła Magda. - Przebieraj się, bo trzeba sprawdzić, czy dobrze na tobie leży.

- O.K. ! - kiwnąłem głową z rezygnacją, złapałem ciuchy i poszedłem do pokoju obok, gdzie było lustro. Przebrałem się szybko i w lustrze zobaczyłem siebie w garniturze, widok niespotykany!

Przyzwyczajony do munduru lub strojów sportowych patrzyłem i sam się nie poznawałem, a robiąc miny do lustra, chwilami nachodziły mnie myśli o Titanicu, tam orkiestra grała do końca, czy ten ślub nie jest taką orkiestrą?

- Chodź - Magda szarpnęła mnie za ramię – ojciec Bernard zaczyna się niecierpliwić.



Pod ramię, weszliśmy do salonu, gdzie wszyscy niecierpliwie nas oczekiwali. W jakże niecodziennych warunkach wkraczaliśmy na nową drogę życia, drogę, której długość była jednym wielkim znakiem zapytania, ale to jednak w tym momencie nie było dla nas sprawą najważniejszą, o tym staraliśmy się nie myśleć.­





ROZDZIAŁ XII

Godzina czternasta , przygotowania idą pełną parą. Thomson załatwił autobus i teraz wszyscy razem spakowaliśmy nasze bagaże, a było tego dosyć sporo. Ważną sprawą było zapchanie tyłu pojazdu workami z piaskiem, który chroniłby nas przed ewentualnym ostrzałem , oraz umocowanie metalowych płyt po bokach. Piasek był wszędzie, ale skąd sierżant zdobył stalowe płyty? – dziwiłem się. Gotfryd zmienił tablice rejestracyjne i zrobił nowe dokumenty samochodu. W tym czasie dotarł do nas narzeczony Agnieszki, całkiem sympatyczny młody facet, a co najważniejsze, wysportowany i od razu zatrudniłem go przy najcięższych pracach. Sam autokar był niski, co też nie było bez znaczenia, gdyż wysoki byłby chwiejny w przypadku przestrzelenia koła i mógł się przewrócić. Cały czas nasłuchiwaliśmy wiadomości, a docierały do nas coraz bardziej alarmujące. Sytuacja w Polsce zaczynała wymykać się spod kontroli władz, brakowało jedzenia, w wielu regionach prądu i wody, a na terenach przygranicznych zaobserwowano wyższe promieniowanie, czysta strefa zaczęła się kurczyć na razie wolno, ale lada moment tempo drastycznie miało się zwiększyć. Ludzie jak szczury na statku zaczęli przeczuwać katastrofę, ale nie wiedzieli gdzie zwiać , nie widzieli możliwości ucieczki.

Chodziłem od okna do okna, zaczynałem się denerwować, nie wiedziałem, czy jechać już teraz, czy też czekać na wieczór, która pora jest dla nas bardziej korzystna, a ta decyzja, jeśli będzie chybiona, mogła być brzemienna w skutkach. W sprzyjających okolicznościach to trzy godziny jazdy, przy komplikacjach mogliśmy nigdy nie dojechać. Wszyscy byli bardzo zdenerwowani z wyjątkiem zakonnika, który z uśmiechem na twarzy pomagał przygotowywać pojazd. On widział we wszystkim palec boski i wiedział, że wszystko będzie dobrze, oj przydałoby mi się chociaż trochę jego wiary.

Godzina szesnasta, wszystko było przygotowane do wyjazdu, ekipa obserwowała mnie uważnie, czekając na sygnał do wyjazdu, a ja wciąż się wahałem, mimo, że wiedziałem, że to już pora , że musimy ruszać.

- Moi drodzy, w drogę! – zdecydowałem. – Teraz potrzeba nam dużo szczęścia, więcej niż do tej pory. Thomson będzie prowadził , ojciec Bernard usiądzie obok niego, a reszta z tyłu i jeśli tylko coś będzie nie tak, to wszyscy na podłogę, nie strugać bohaterów. Gotfryd będziesz obserwować drogę za nami, ja usiądę pośrodku, tak, żebym mógł w razie potrzeby za pomocą wyrzutni rakiet utorować nam drogę. Wszystko jasne? – spojrzałem na moich współtowarzyszy, ale pytań nie było. - No to ruszamy! – wstałem, chwyciłem Magdę za rękę i jako pierwsi ruszyliśmy do wyjścia, reszta poszła za nami. Teresa wsiadała ostatnia, odwróciła się w wejściu i spojrzała ostatni raz na swój dom. - Ciekawe, co z niego zostanie za pięćset lat? Po czym wsiadła i zatrzasnęła drzwi. Proch, jedynie proch – pomyślałem. Silnik zaskoczył i autobus wolno ruszył. Ojciec Bernard, stary Warszawiak, pokazywał na migi sierżantowi drogę, starając się wybierać najmniej uczęszczane ulice i zakamarkami stolicy przemykaliśmy się w kierunku wylotu z miasta. Wolno przebijaliśmy się do przodu, patrząc z przerażeniem na to, co działo się na ulicach, a działo się wiele. Między budynkami przebiegały bandy wyrostków, rabując sklepy i podpalając samochody, a tylko gdzieniegdzie widać było uzbrojonych policjantów próbujących przywrócić porządek. Nawet nam się oberwało, gdyż jakiś kamień wybił szybę z boku pojazdu, ale taka była cena za jazdę „szemranymi” dzielnicami. Po jakieś godzinie dobrnęliśmy do granic Warszawy i musieliśmy wjechać na główną trasę, co też niezwłocznie uczyniliśmy. Przejechaliśmy jakieś dziesięć kilometrów, kiedy zauważyliśmy blokadę drogi i Thomson zwolnił, a ja z Gotfrydem mocno ścisnęliśmy broń w rękach. Pod ręką trzymałem przygotowaną wyrzutnię rakiet i mogłem w każdej chwili użyć jej do oczyszczenia drogi, ale to była ostateczność. Szosę blokował transporter wojskowy ustawiony w poprzek, po bokach stały dwie ciężarówki, a przed pojazdami kręciło się kilku uzbrojonych żołnierzy. Podjechaliśmy wolniutko, zatrzymując się jakieś sześć metrów przed zaporą, czekaliśmy na kontrolę jednocześnie ukrywając broń. Drzwi obok ojca Bernarda otworzyły się z hukiem i do środka wszedł gruby wojskowy w randze sierżanta, zmierzył nas groźnym wzrokiem, zabrał dokumenty podane mu przez zakonnika i nic nie mówiąc, wyszedł na zewnątrz. Odszedł kilka metrów, ręką przywołał drugiego żołnierza i razem zaczęli studiować nasze papiery. Czytali, co pewien czas pokazując coś w naszym kierunku i zawzięcie dyskutując, a po chwili obydwaj podeszli do autokaru, by zaraz znaleźć się wewnątrz. Stanęli bokiem do Thomsona twarzami i lufami automatów skierowani na nas. Spojrzałem na Gotfryda, on na mnie, a ręce wolno przesunęły się w kierunku koca, którym miałem nakryte nogi, poczułem zimny dotyk stali, moje dłonie mocno trzymały broń, czekałem! - Dobra, dajcie nam po paczce fajek i możecie jechać dalej – oznajmił gruby sierżant. – Tylko, czy warto wam tam jechać? Zaraz się kończy wojskowa strefa i możecie paść ofiarą panoszących się wszędzie band , lepiej wracajcie! - Duchownemu nic nie zrobią, synu! – zakonnik uśmiechnął się dobrodusznie i szybko wcisnął im w garści po paczce Marlboro. - Żeby się ojciec nie mylił – sapnął sierżant, po czym pociągnął kolegę za rękaw. Pośpiesznie opuścili pojazd, trzasnęły drzwi, krzyknęli coś do pozostałych i transporter wolno odblokował drogę, a Thomson ruszył powoli, a minąwszy wpatrzonych w nas żołnierzy dodał gazu i po chwili zniknęliśmy za zakrętem. - Uf!! – odetchnąłem, puściłem trzymaną dotąd kurczowo broń, a Gotfryd uczynił to samo. Przebrnęliśmy pierwszą przeszkodę, ile ich jeszcze przed nami?? Tego nikt nie wiedział. Droga była pusta, tylko tu i ówdzie przemykały pojedyncze samochody. Sierżant prowadził spokojnie, jednocześnie bacznie obserwując nawierzchnię drogi, wiedział bowiem, że największym problemem dla nas byłaby strata pojazdu.

I tak dobrnęliśmy pod Sochaczew. - Mamy towarzystwo! – syknął Thomson przez zęby. - Co jest? – spojrzałem na niego z niepokojem. - Śledzą nas! – pokazał palcem w lusterku. Faktycznie za nami jechał szary furgon i trzymał się cały czas w tej samej odległości, mimo to, że Thomson raz mocno zwalniał, a innym razem przyspieszał. – Gotfryd, zajmij miejsce z tyłu, a ojciec niech przesiądzie się na moje miejsce – zadecydowałem. Grafolog usadowił się za barykadą z piachu, trzymając cały czas pick-up-a na muszce, a ja tymczasem usiadłem na samym przedzie bacznie rozglądając się wokoło. - Coś muszą na nas szykować , pewnie będą chcieli zablokować szosę – pomyślałem. Jechaliśmy dalej, ale nic się nie działo. Furgon jechał za nami, droga była wolna, a napięcie w autobusie mocno wzrosło. Nerwowo obserwowano pobocza, wszyscy czekali na atak, ale nikt nie wiedział, skąd i kiedy. Boki naszego autokaru wzmocnione stalowymi płytami zabezpieczały w pełni przed kulami i jedynymi słabymi punktami były opony, oraz przód.

- Już są trzy furgony! – nagle krzyknął Gotfryd. Pobiegłem na tył i faktycznie już nie jeden, a właściwie cztery samochody jechały za nami, tyle, że już wyraźnie przyspieszyły. - Jak będą piętnaście metrów za nami, to otwórz ogień – rozkazałem i biegiem popędziłem na przód. - Uważaj na boki – rzekłem do Thomsona, a on tylko spokojnie kiwnął głową. Bardzo skupiony obserwował lusterka, a prawą ręką sięgnął po uzi, które położył sobie na kolanach. Wyciągnąłem ze skrzyni wyrzutnię pocisków rakietowych i trzymając ją w dłoni, wróciłem do grafologa. - Wszyscy na podłogę – krzyknąłem – mocno się trzymać, bo będzie trzęsło, chronić oczy, bo będzie się szkło sypało i za żadne skarby nie wychylać się – spojrzałem błagalnie na Magdę. – Ty też, proszę! - Już się kładę! – nie protestowała i grzecznie położyła się miedzy siedzeniami. W skupieniu i ciszy obserwowaliśmy nadjeżdżające samochody, czekaliśmy na najlepszy moment, żeby z zaskoczenia zaatakować intruzów. - Ojcze nasz który… – ojciec Bernard zaczął na głos wzywać boską pomoc. - Cisza! – ryknąłem. Poskutkowało, zamilkł, by po chwili szeptem odmawiać modlitwy, ale ja już nie zwracałem na to uwagi. Pierwszy furgon zbliżał się do nas, kilku uzbrojonych osobników szykowało się do starcia, widać było, że do napadu przystąpili w ogóle nieprzygotowani, przypuszczalnie liczyli na łatwy łup. Oj, czekało ich duże rozczarowanie. - Jeszcze trochę – szepnąłem do współtowarzysza. – Ty bierzesz tego pierwszego, a ja drugiego. Kiwnął głową , odbezpieczył broń, wymierzył na wysokość przedniej szyby i po chwili „wygarnął” całą serię. Szyba z hukiem się rozpadła i wtedy ja błyskawicznie się wyprostowałem, starannie wymierzyłem i odpaliłem do drugiego pojazdu. Za nami rozpętało się piekło. Pierwsze auto trafione przez Gotfryda zaczęło koziołkować, w chwilę potem drugie trafione rakietą, palące się jak pochodnia, stanęło w poprzek drogi, a na nie wjechały pozostałe pojazdy nie mogąc wyhamować, ani ominąć przeszkody. My tymczasem oddalaliśmy się pośpiesznie z miejsca zdarzenia, już przez nikogo nie niepokojeni. – Myślę, że będzie spokój – Thomson spojrzał na mnie. - Nie mam pojęcia – wzruszyłem ramionami. – Ci chyba dali spokój, a czy będą inni, to cholera wie? - Jak chce pan to rozegrać? – sierżant myślał już o powrocie do bazy, byliśmy coraz bliżej i chcąc nie chcąc trzeba było myśleć o rozgrywce z niesubordynowanymi fizykami. – Przecież jesteśmy już bardzo blisko i jakakolwiek podpucha z naszej strony może nas drogo kosztować. Już raz daliśmy się zaskoczyć amatorom , boję się powtórki historii. Zostawiliśmy broń i mogą ją wykorzystać przeciwko nam. Minęło trochę czasu i nie wiemy, czy ich plany nie uległy zmianie, a wystarczą strzały w głowę i wtedy kamizelki kuloodporne nam nie pomogą. - Nie sądzę! – pokręciłem przecząco głową. – To nie są zawodowcy, oni by się bali, że nie trafią. Jeśli będą strzelać, to tylko w korpus. - Ale czemu mamy ryzykować?? – dziwił się Thomson. – Przecież możemy ich zlikwidować od razu po przyjeździe. - Niezupełnie! – broniłem swoich racji. – Oni są potrzebni praktycznie do końca, bo w dziesięć dni robią to, na co normalnie potrzeba miesiąc i nie wiem, w którym momencie będą już niepotrzebni, a jeśli zgarniemy ich za wcześnie, to mogą nam położyć całą misję. To jest głównym powodem mojego wyczekiwania, bo wiem, że jeśli zdecydują się targnąć na nasze życie, to będzie znak, że skończyli, wcześniej nie zaryzykują. - Rozumiem! – zadowoliła go moja odpowiedź. – Niedługo dojedziemy do Płocka, a tam mają czekać ci Rosjanie. Ciekawe, czy będą? - Będą, będą! – zaśmiałem się. – Dam sobie głowę urwać, że czekają od rana, drżą, czy ich nie wystawiliśmy do wiatru i chyba pierwszy raz Rosjanie oczekują z utęsknieniem Amerykanów.

Jechaliśmy w milczeniu obserwując bacznie wszystko wokół nas. Było spokojnie , jedynie niekiedy przy zabudowaniach można było dojrzeć rozmawiające grupki ludzi. Kilka razy podjeżdżały obok nas samochody zapełnione uzbrojonymi osiłkami, ale widząc wyrzutnię rakietową w rękach Gotfryda, wycofywali się w popłochu Wojska i policji nie zauważyliśmy nigdzie, to była dosłownie ziemia niczyja i wolę nie myśleć, co będzie się tu działo jutro, czy pojutrze. Thomson zwolnił, dojeżdżaliśmy do miejsca spotkania, ale nikogo nie było widać. - Czyżbym się mylił, nie ma ich? – pomyślałem zdziwiony, rozglądając się i nagle dojrzałem Rosjan ukrytych w przydrożnym rowie. Wpatrywali się uważnie w nasz obdrapany i pozbawiony kilku szyb autobus, nie wiedząc, kto nim jedzie. - Stój! – zwróciłem się do sierżanta. W chwilę potem zatrzymaliśmy się, otworzyłem drzwi, wyszedłem na pobocze. Oni widząc mnie, wstali z ziemi, porwali swoje bagaże i pobiegli w moim kierunku. - Jest pan słowny! – Rosjanin entuzjastycznie uścisnął moją dłoń. - Wsiadajcie! – poganiałem. – Czas nagli, chciałbym już dojechać do celu. Szybko zajęli miejsca tuz za kierowcą, pozdrawiając resztę ekipy machnięciem ręki. Thomson powoli ruszył i na najbliższym skrzyżowaniu skręcił w lewo na Włocławek, zostało nam niecałe 40km. Rozejrzałem się po autokarze , wszyscy skupieni, milczący i jedynie ojciec Bernard trzymał w ręku różaniec i szeptał jakieś zaklęcia, czy modlitwy. Uśmiechnąłem się do Magdy, która patrzyła na mnie z dużym niepokojem, tak jakbym chciał powiedzieć – spokojnie, wszystko będzie dobrze, kontroluję sytuację i wszystko idzie z planem. Jakieś pięć kilometrów przed bazą kazałem sierżantowi skręcić w las, co z dużym zdziwieniem wykonał, a po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymał pojazd i zapalił światło w środku. Odwróciłem się kierunku naszej ekipy, która nerwowo rozglądała się wokoło, nie mogąc nic dojrzeć. - Spokojnie! – odezwałem się do nich głośno, żeby wszyscy dobrze mnie usłyszeli. – Jesteśmy już niedaleko naszej bazy, ale nie możemy teraz tak tam wjechać i to z kilku powodów. Teraz ja z sierżantem pójdziemy sprawdzić, czy wszystko w porządku. Wy musicie czekać do naszego powrotu, ale gdyby bardzo się opóźniał, Gotfryd razem z Rosjaninem pójdą nam na odsiecz. Chwyciliśmy broń i nie żegnając się z nikim, zniknęliśmy w mroku nocy. Wolno przedzieraliśmy się przez chaszcze, cały czas zbliżając się do lotniska, żeby po jakichś 30 minutach dobrnąć na jego skraj. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku, ale to jeszcze nie świadczyło o niczym, niespodzianki mogły kryć się wewnątrz hangaru i tak jak ostatnim razem, naszym celem było boczne wejście, do którego dotarliśmy bez problemu.







ROZDZIAŁ XIII



- Cholerne palanty – pomyślałem, wchodząc niezauważony do środka, a Thomson podążał zaraz za mną. Tak dotarliśmy do kontenerów, a kiedy weszliśmy z zaskoczenia do laboratorium, naukowcy wpadli w panikę. No cóż, nie dość że znienacka, to jeszcze mocno zarośnięci. Profesor wyraźnie ucieszył się naszym powrotem, bo podbiegł do mnie i serdecznie uścisnął. - Cieszę się, naprawdę bardzo się cieszę, poruczniku – szeptał - sytuacja się zmieniła, musimy porozmawiać. - ciągnął mnie za rękaw do swojego biura. – O.K.! – poszedłem posłusznie za nim, a Thomson został z resztą i dzięki temu nikt nie mógł usłyszeć, o czym będziemy rozmawiać. - O co chodzi ? – spytałem siadając na jakimś rozwalającym się stołku i wpatrując się w mojego rozmówcę, który był czymś naprawdę podekscytowany. Twarz jego nagle nabrała blasku i wydusił z siebie jednym tchem – Skończyliśmy! Nawet dziś możecie uciekać z tego piekiełka!! - Co? Dziś? To wcześniej, niż zakładano! – zaskoczył mnie tą informacją. Patrzyłem na niego zdumiony, nie wierząc własnym uszom. To do czego dążyliśmy tak uparcie, to, co wydawało się mimo wszystko tak mało realne, stało się faktem, było rzeczywistością. - Tak ! – kiwnął głową. – Wszystko jest gotowe i radziłbym jak najszybciej wynosić się stąd, bo moi współpracownicy coraz mniej mi się podobają. Nie lubię, kiedy ktoś szepcze mi poza plecami. Ja nie mam tajemnic, a jeśli oni mają, to znaczy, że coś knują – spojrzał się na mnie błagalnym wzrokiem. – Proszę, niech pan uważa na nich! - Spokojnie, profesorze, poradzę sobie – starałem się go pocieszyć, ale nie wiem, czy mi się to udało. Sytuacja właściwie była bardzo dobra, mogliśmy fizyków wyeliminować już teraz i niczym nie ryzykując, rozpocząć naszą misję. Ale każdy kij ma dwa końce, tak jak moneta dwie strony. Z jednej widmo zbliżającego się końca, a| z drugiej jednak taka mała, malutka, ale świdrująca mózg myśl - A jeśli to wszystko to klapa? Wtedy skrócimy swoje życie o kilka dni, niby kilka dni, ale to też aż kilka dni. Perspektywa przyszłości tłumiła zwątpienie, ale jednak nie była w stanie go wyeliminować, taka mała kłująca zadra siedziała w tym wszystkim.

- Pokażę panu całe urządzenie – głos profesora wyrwał mnie z zadumy. Podniosłem się, wyszliśmy z jego gabinetu i podeszliśmy do następnego kontenera. Do tej pory nie przyglądałem się wszystkiemu pod kątem wyprawy, ale teraz, kiedy ta z pozoru nierealna mrzonka stała się faktem, byłem tym bardzo zainteresowany.

- Te cztery kontenery ustawione po obwodzie to cztery silne generatory mocy – profesor wskazał ręką wokoło - Ten, przed którym stoimy, to wasz pojazd. Tu was umieścimy, a następnie uruchomimy urządzenie. Olbrzymia energia zdematerializuje was i przeniesie w dowo­lnie wybrany rok. - Czy oznacza to, że my mamy zadecydować odnośnie momentu naszego lądowania ? — spojrzałem z niepokojem na Szulca.

- Nie ! – odparł, przecząco kręcąc głową. - Gdybyśmy mogli przeprowadzić kilka prób, to bezsprzecznie istniałaby taka możliwość, ale w obecnej chwili trzeba nastawić urządzenie tylko i wy­łącznie na wyczucie.

- Nie rozumiem - bezradnie rozłożyłem ręce.

— To proste - tłumaczył dalej - te sprawy regulowane są mocą aparatury, to znaczy, że im większa moc, to podróż odleglejsza, im słabsza, to podróż krótsza.

— Teraz rozumiem, ale przecież mieliśmy przenieść się o jakieś pięćset, a teraz pan mówi, że nie wiadomo ile?

-Wydaje mi się, że należałoby nastawić na jedną trzecią mocy i przypuszczam, że będzie to okres wystarczający – próbował mnie uspokoić.- Prócz tego istnieje coś takiego, jak ewolucja.

- Przecież my podczas tej podróży nie będziemy podlegać procesowi ewolucji - zdziwiłem się.

— Oczywiście, że nie - kontynuował - ale istnieje możliwość przetrwania pewnej ilości ludzi tu na Ziemi w wyniku promieniowania bardzo zdegenerowanych i to nie wiadomo dokładnie w jakim stopniu. Trzeba się liczyć z tym, że będziecie musieli stoczyć z nimi walkę o władzę na naszej planecie i w takim wypadku lepiej, żeby miało to miejsce jak naj­wcześniej.

— Dlaczego ?

— Ponieważ po długim okresie czasu, przy pomocy ewolucji mogliby się bardziej przystosować do warunków panujących na ziemi, co automatycznie dałoby im przewagę nad wami. Oczywiście, nie ma pewności, że hipoteza o degeneratach się sprawdzi, no, niemniej trzeba się z nią liczyć.

- Zgoda! — odparłem po chwili zastanowienia. - Niech będzie jedna trzecia mocy , w końcu to pańskie urządzenie, pan wie lepiej.

— No to świetnie ! - ucieszył się Szulz. - Mamy uzgodnioną najważniejszą sprawę i już niebawem przekona się pan, czy decyzja ta była słuszna, czy też nie.

— Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze – byłem niespokojny, ale trudno było się temu dziwić, w końcu nie codziennie przenosimy się w czasie.

Zostawiłem profesora przy naszej kapsule czasu i ruszyłem po Thomsona.

Zostawiłem go w laboratorium i tam też skierowałem swoje kroki, a kiedy przekroczyłem próg, ujrzałem błysk, a po chwili moją pierś przeszył straszny ból, straciłem przytomność.

Do życia przywróciło mnie silne szarpanie, jakby z zaświatów dochodził

głos sierżanta:

- Poruczniku, co z panem ?

Wolno otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą jego zatroska­ną twarz.

- Co się stało ? – wyszeptałem kompletnie zdezorientowany.

- Jak to co ? - oburzył się. – Strzał z kilku metrów w kamizelkę ogłusza człowieka tak samo skutecznie jak młotek wigilijnego karpia, a teraz siedzimy zamknięci w tej komórce.

- No to jeszcze nie jest tragicznie. – szepnąłem z wyraźnym trudem, gdyż ból piersi utrudniał mi mówienie.

- Nie jest tragicznie? — spojrzał na mnie całkowicie zasko­czony - przecież jesteśmy w pułapce bez wyjścia. Nie wydostaniemy się stąd, naokoło jest stal, a my nie posiadamy nic poza gołymi łapami. Głową muru nie prze­bijesz!

- Czemu nas tu zamknęli ? - zastanawiałem się - chyba mu­sieli się zorientować, że żyjemy, ale czemu nas nie dobili?

- Jednak to nie takie proste dla kogoś takiego, kto nigdy tego nie robił! - Thomson pokręcił głową – Nie muszą nas zabijać, bo teraz sami się tu wydusimy, beznadziejna sytuacja i jedyna nadzieja w Gotfrydzie, że nadejdzie z odsieczą.








 
Tekst umieszczony w tej kolumnie jest objety ochroną praw autorskich i nie może być wykorzystany bez zgody autora.


Powrót...

Zapisz się na naszą listę
Email
Imie i nazwisko

 

 

Spis Książek Biblioteki SPK
Polsat Centre
Człowiek Roku 2008

 

Polskie programy telewizyjne w Twoim domu 17 kanałów

TVP1, TVP2, TVN, TVN24, TVN7, Polsat, Polsat2 ,TV Polonia, TVPuls, Eurosport, Polsatsport, Discovery, History, Cartoon, TV4, Viva,TRWAM

IPMG to system który umożliwi Ci stały odbiór tych programów To nie jest Slingbox czy Hava Potrzebny Telewizor, IPMG box, Router i internet
Box kosztuje 200CDN, miesięczna opłata 50CDN i jednorazowa opłata za aktywacje 50CDN Dzwoń na
282-2090 do Janusza  

 

 

Czyszczenie Wentylacji
Duct cleaning


1485 Wellington Avenue
Winnipeg, MB, R3E OK4
Phone: (204) 284-6390
Cell: (204) 997-2000
Fax: (204) 284-0475
email

clean@advancerobotic.com

Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę


 


Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę


 



Irena Dudek zaprasza na zakupy do Polsat Centre Moje motto: duży wybór, ceny dostępne dla każdego, miła obsługa. Polsat Centre217 Selkirk Ave Winnipeg, MB R2W 2L5, tel. (204) 582-2884

Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę


 

 Polskie programy telewizyjne w Twoim domu 16 kanałów

TVP1, TVP2, TVN, TVN24, TVN7, Polsat, Polsat2 ,TV Polonia, TVPuls, Eurosport, Polsatsport, Nsport, AXN/Discovery, Boomerang, TV4,

Viva IPMG to system który umożliwi Ci stały odbiór tych programów To nie jest Slingbox czy Hava Potrzebny Telewizor, IPMG box, Router i internet
Box kosztuje 200CDN, miesięczna opłata 50CDN i jednorazowa opłata za aktywacje 50CDN Dzwoń na
282-2090 do Janusza


 



189 Leila Ave
WINNIPEG, MB R2V 1L3
PH: (204) 338-9510



 

 

Kliknij tutaj, aby wejść na stronę gdzie można ściągnąć nagrania HYPERNASHION za darmo!!!

 


 

Royal Canadian Legion
Winnipeg Polish Canadian Branch 246
1335 Main St.
WINNIPEG, MB R2W 3T7
Tel. (204) 589-m5493

 


 

 

189 Leila Ave
WINNIPEG, MB R2V 1L3
PH: (204) 338-9510

“Klub 13”
Polish Combatants Association Branch #13
Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Koło #13
1364 Main Street, Winnipeg, Manitoba R2W 3T8
Phone/Fax 204-589-7638
E-mail: club13@mts.net
www.PCAclub13.com


 

Zapisz się…
*Harcerstwo
*Szkoła Taneczna S.P.K. Iskry
*Zespół Taneczny S.P.K. Iskry
*Klub Wędkarski “Big Whiteshell”
*Polonijny Klub Sportowo-Rekreacyjny